|
Dzień zero
Pierwsze zdanie wypowiadam szeptem: postrzępiona
linia tam w dole to krawędź lasu. Potem dodaję
na głos: jeżeli liść mięty zostawia we wnętrzu dłoni
ślad, to musi być lato, popołudnie pochyłe i suche
jak skóra jaszczurki. I wreszcie krzyczę: dziecko,
dziecko! Widzę, jak biegnie po torach z rozwartymi
ramionami. Ale chyba nie chce być ptakiem. Pragnie
mieć kadłub z żelaza i drucianą sierść. Zbliża się
do mnie przez wnętrze kuli i jest coraz mniejsze. A kiedy
przystaje, by z przydrożnej gałęzi zerwać świat,
świat się odchyla. Więc siada na nasypie i przytula
twarz do rozżarzonej szyny. A ja pozostaję
na zewnątrz – po stronie morza i nie mogę
mu pomóc. Więc tylko wyszarpuję z jego brzucha
gniazda szerszeni, odwracam drzewa słojami
na zewnątrz, tnę papier.
Do zobaczenia w gniazdach, synu,
trzymaj się wnętrza.
Lubiatowo
Cisza. Na dnie morza wybucha pierwsze słońce.
Odłamki przelatują nad latarnią morską i wpadają
w kosodrzewinę. Zieleń też ma swoje dno,
więc embriony tulą się do siebie, czekając na sztorm.
Potem plaża ożywia się, na rozgrzanych dachach
rozkładają się meduzy, spod plastikowej skrzyni
wypełza mgła. W poszyciu wybucha drugie
morze. Powietrze jest już zbyt gęste i nie uniesie
cienia, który wieczorami podmywa namioty.
Na gałęzi ktoś zawiesił kieszonkowe lusterko,
cudzy portret, czytaj: ten las będzie do ciebie
powracał, w symetrii fraktalu i w półnagich prawdach
(zioło, żółć, czerw). A może nawet w igłach, które
cerują stopy. Niebo też ma swoje dno. Wśród
śmieci podrygują porwane latawce, twarze
dorastających dzieci (spokojnie, to tylko błona,
materiał na bilet), poruszone przyjaźnie,
prześwietlone miłości, a także sól, która osadza się
na skórze i przerywa proces mumifikacji (spokojnie,
taki dar może ofiarować tylko matka). Początek
nie istnieje, to pewne. Bo las można nadgryźć
od każdej strony. Zamień przystawki, wylej wino,
a tamte odległe wakacje zmienią kąt nachylenia.
Ognisko zapali się w innym miejscu: w gardle,
w dziupli albo w oknie pociągu. W imieniu pamięci
materia pozdrowi materię: żegnaj.
Firewall
Święto, czas na odwet. Eris odwraca się
i zabija Dyskordię. Oto mój pierwszy komputer,
pierwsza ucieczka we fraktal, wejście w trans. Gra
trwa, ale dziś już nie umiem tak programować, nie tworzę
biografii królów, nie tnę wroga w pień. Bo wróg
złożył na moich ustach dziwny pocałunek – kto
zabija żabę, ten oddaje przysługę Bogu, uniewinnia
innych morderców. Bo choć wciąż tętnią
we mnie tamte totemy, wszechświat przestał być
nieskończony i światło jego neonów
łagodnie mnie unosi w tamtą sierpniową noc.
Na dnie Jeziorka Kamionkowskiego
odzywa się jeszcze stary magnetowid.
I przewijają się ryby,
wszystkie porzucone święta.
Krótka historia czasu
Ten dym, czerwony, teatralny dym, musiał pojawić się
wcześniej: na wysuszonym, przedszkolnym chodniku
albo w łazience zamienionej przez tatę w magiczną
ciemnię. Trzask projektora jak dziwna kołysanka:
już dobrze, mój synku, już dobrze. I wcześniej:
okrągła, uśmiechnięta buzia mojej małej siostry, plastelina,
którą okleiliśmy pół świata. A także tamto popołudnie,
kiedy w mieszkaniu kilka pięter niżej wybuchł gaz.
I wcześniej, wcześniej – czyli właśnie teraz, kiedy
bezradna pamięć próbuje wywołać samą siebie,
a w ciemni mrok powtarza czystą odległość.
* * *
Butelka leci nad przepaścią i zostawia
w przestrzeni żółtawy ślad – taki obraz zapamiętałem
z podróży po korytarzach moich dawnych szkół. Ale teraz
inny pejzaż klei się do źrenicy: echem jest moje bezwładne
ciało nad doliną. Pod nim – spalony las.
Ślepy drwal? Książę Ferdynand Aragoński?
Niech będzie nawet długoręki okularnik z mleka
i śliny. Najpierw powoli założy koronę, a potem
podłoży ogień pod przyszłe dni. Lepkie sińce
pod jego oczami zapłodnią cykady i gzy. Zaniesie
do żłobu swoją kulawą mowę, jakby zdzierał
z pleców tatuaż razem ze skórą.
Pół bóg, a pół pies. A może po prostu
przeszczepiony mięsień, który nie poznał jeszcze
swojej gwiazdy?
Chodzi za mną, ale mówi do siebie.
To wszystko
z drugiej strony: pourywane kable wzdłuż
zakurzonych dróg, stosy kartonów na zapleczach
małych sklepów i kolorowe opakowania, które
dawno pobielały od słońca. Wszystko piaskowe,
kruche, a więc wypełnione jak opowieść. Tyle, że
w tej chwili nie mamy jeszcze włosów, nie mamy ubrań,
tylko nadgniłe owoce w dłoniach. Korale z pestek
jak niepotrzebne trofea. Po czym? Biedronki
za pieniądze rozgniatane na języku. Czy naprawdę
nie ma obiektywu, który ogarnąłby całość? Pomyśl
o źrenicy jak o kuli. Pomyśl o wszystkich
świętych miejscach jednocześnie. O latarniach
i ich ciemnych wnętrzach. Nagroda? Nie będzie
lepszej nagrody niż zamknięte
drzwi. Źrenica zamiast gałki,
gałka w miejsce klucza.
Dym nad lasem
Słońce jest już nisko, ale drzewa wciąż falują
od rozgrzanego powietrza. Parkingi pustoszeją
i coraz większym echem niesie się huk fal.
Leśna ścieżka już nigdy nie poprowadzi nikogo
na pole namiotowe, tylko oplecie się miękko
wokół słupów, gdzie wysokie napięcie zawsze
oznacza bezbrzeżną ciszę. I nie będzie nikogo,
kto mógłby wspiąć się na bindę kalendarza,
by raz jeszcze rozmazać na białej skórze miód
lub żywicę. Ucisk w splocie – to tu rodzi się
dźwięk, który zawsze gaśnie gdzie indziej. Bądź
wdzięczny instrumentom materii. Ziemi – wybacz
niebo. Zaciągaj się opiłkami srebra nad polnym
ogniskiem. Wsłuchuj się w skoczną muzykę,
która dobiega od strony wsi.
Żegnaj, jakbyś się witał,
i witaj, jakbyś się żegnał. |